Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

15.08.2017
wtorek

Niemożliwie bezmięsny burger wybawieniem dla środowiska?

15 sierpnia 2017, wtorek,


Żywność pozyskiwana metodami inżynierii genetycznej budzi kontrowersje, dyskusje, sprzeciw niektórych środowisk, a w wielu miejscach, w tym w Polsce, spotyka się z niskim stopniem akceptacji społecznej. Zasadniczo jednak panuje konsensus naukowy, że nie stanowi ona, w porównaniu z żywnością produkowaną w sposób konwencjonalny, większego zagrożenia dla zdrowia konsumentów, co nie zmienia faktu, że każdy przypadek modyfikacji należy rozpatrywać indywidualnie. A producenci wpadają niekiedy na dosyć zaskakujące pomysły wykorzystania technologii GM.

Jakiś czas temu pisaliśmy na blogu o bezlaktozowym mleku Perfect Day, produkowanym przez genetycznie zmodyfikowane drożdże posiadające ekspresję krowich białek. Powstały w ten sposób napój ma gwarantować wyższą i bardziej powtarzalną jakość niż mleko krowie, oszczędzać zwierzęta i być bardziej przyjazny dla środowiska. Choć mleko to produkowane jest przez organizmy GM, de facto ich nie zawiera. W jego skład wchodzą natomiast białka, tożsame z tymi naturalnie występującymi w krowim mleku, które są wynikiem odpowiednio wysterowanej biologicznej aktywności drożdży. To wszystko składa się prawdopodobnie na wyższy stopień akceptacji społecznej takiego produktu niż np. upraw GM kukurydzy czy soi. Póki co Perfect Day czeka na swoją rynkową premierę, która możliwa jest najwcześniej pod koniec 2017 r.

Inny ciekawy pomysł narodził się w firmie Impossible Foods, założonej w 2013 r. przez amerykańskiego biochemika Pata Brown’a. Jest nim wegański burger. Choć nie ma ani grama mięsa, ma być w smaku, wyglądzie i konsystencji łudząco podobny do swojego wołowego odpowiednika. W jego składzie znajdziemy pszenicę, ziemniaki, olej kokosowy i…hem. Ale roślinny.

Leghemoglobina, bo o niej właśnie mowa, jest białkiem, które produkowane jest w brodawkach korzeniowych roślin motylkowych takich jak soja. Budową jest bardzo zbliżona do zwierzęcej hemoglobiny i podobnie do niej, ma czerwoną barwę. Ma natomiast o wiele większe, ponad 10-krotnie, powinowactwo do tlenu niż łańcuch β ludzkiej hemoglobiny. Ta właściwość jest bardzo przydatna roślinom motylkowym, bowiem przyswajany przez bakterie brodawkowe azot cząsteczkowy, z którymi wchodzą w symbiozę, może być dalej przekształcany do formy jonowej w komórkach roślinnych jedynie w warunkach beztlenowych. Burgerowi natomiast leghemoglobina ma nadawać mięsną teksturę i smak.

Struktura czwartorzędowa sojowej leghemogliny i zwierzęcej hemoglobiny. Grupy hemowe obu cząsteczek posiadają związane żelazo o wysokiej biodostępności.

Co jednak to wszystko ma wspólnego z GMO? Otóż leghemoglobina, którą wykorzystuje do produkcji burgera Impossible Foods nie jest ekstrahowana z sojowych korzeni. Do jej otrzymania zaprzęgnięto, podobnie jak w przypadku Perfect Day, odpowiednio zmodyfikowane genetycznie drożdże. Jednak po co, skoro to w oczywisty sposób podnosi koszta inwestycyjne? Producent twierdzi, że jest to rozwiązanie o wiele bardziej przyjazne środowisku. Jego pomysł uzyskał łączne dofinansowanie przekraczające 250 milionów dolarów między innymi od Google Ventures i Billa Gatesa.

Hodowla zwierząt „kosztuje” Ziemię około 30% powierzchni Ziemi, odpowiada w 25% za globalne zużycie wody i produkuje więcej gazów cieplarnianych niż wszystkie łącznie samochody, ciężarówki, pociągi, statki i samoloty na świecie razem wzięte. W porównaniu z hodowlą krów, produkcja Impossible Burger wymaga o 95% mniejszego areału ziemi, zużywa o 74% mniej wody i produkuje o 87% mniej gazów cieplarnianych. W jego składzie nie znajdziemy hormonów ani antybiotyków.

W przeciwieństwie do mleka Perfect Day, hemowy burger trafił już na rynek. W lipcu 2016 r. mogli go skosztować klienci restauracji Momofuku Nishi w Nowym Jorku. W październiku tego samego roku pojawił się w menu wybranych restauracji w Kalifornii i systematycznie zwiększał zasięg swojego występowania. W marcu 2017 r. Impossible Foods zdecydowało o budowie wielkoskalowej fabryki w Oakland, która pozwoli na produkcję 450 tysięcy kilogramów burgerów miesięcznie.

Można się oczywiście zastanawiać po co weganie i wegetarianie mieliby cieszyć się na wieść o burgerze, który smakuje mięsnie, skoro wielu z nich smak mięsa nie przysparza miłych skojarzeń. Z drugiej jednak strony, mógłby być on alternatywą dla niektórych mięsożerców, których nie przekonuje smak burgerów z soi czy łubinu, a także dla tych wegetarian, którzy tęsknią za smakiem karkówki z grilla czy golonki, bo są i tacy. Alternatywą, która pozwala oszczędzić środowisko bez konieczności przekonywania wszystkich, by świadomie wybrali dietę wegetariańską.

Jednocześnie jest to rozwiązanie o wiele tańsze niż produkcja mięsa in vitro, do której pobiera się komórki macierzyste od krowy i hoduje paski mięśni służące do budowy burgera. Pat Brown z Impossible Foods uważa produkcję mięsa in vitro za kiepski pomysł, bo wciąż obarczony tymi samymi ograniczeniami jak w przypadku mięsa pozyskanego bezpośrednio z krowy i kompletnie nieopłacalny wielkoskalowo. Produkcja pierwszego burgera uzyskanego metodą in vitro, który zaprezentowano w 2013 r., kosztowała bagatela…250 tysięcy euro.

Wracając do burgera Impossible Foods warto dodać, że pochodząca z soi leghemoglobina jest cząsteczką zasobną w żelazo. Jak wykazano wykorzystując model in vitro ludzkiej linii komórkowej Caco-2, jest ona również źródłem bardzo dobrze dostępnego żelaza, powinna zatem pozytywnie wpływać na jego podaż i zapobiegać jego niedoborom, prowadzącym do anemii.

Wszystko to brzmi ciekawie i wydaje się być bardzo przemyślane. Można by przypuszczać, że wegański burger z leghemoglobiną pozyskaną z drożdży GM będzie szybko zyskiwał na popularności. Na drodze Impossible Foods stanęła jednak nieoczekiwanie amerykańska Agencja Żywności i Leków (ang. Food and Drug Administration; FDA), do której firma sama zgłosiła się z prośbą o akceptację swojego produktu. W odpowiedzi wskazano, że leghemoglobina nie występuje na liście substancji uznanych za bezpieczne, choćby pod względem alergenności. Co istotne, taka opinia nie oznacza, że burger musi zniknąć z rynku. I nie zniknął. Bowiem według firmy, leghemoglobina jest związkiem bardzo podobnym do spożywanej przecież masowo hemoglobiny. Takie podejście spotkało się jednak z falą krytyki z różnych stron, m.in. organizacji takich jak Friends of the Earth, które i tak patrzyły na Impossible Foods nieprzychylnie z powodu stosowania technologii GMO.

Według prawodawstwa amerykańskiego, firmy spożywcze mogą używać dowolnych dodatków, o ile ustalą same, że są one bezpieczne. Impossible Foods dokonała jednak takich ustaleń przeprowadzając eksperymenty z udziałem szczurów, którym podawano leghemoglobinę w dawkach dwustukrotnie przekraczających te występujące w burgerze. Wyniki badań analizowały grupy ekspertów z trzech różnych uniwersytetów zgodnie stwierdzając, że nie ma przesłanek, by leghemoglobina była szkodliwa. Choć fakt wykonywania doświadczeń na zwierzętach w oczach niektórych osób całkowicie dyskredytuje wegański produkt, należy podkreślić, że jest to standardowa praktyka ustalania czy nowy dodatek żywnościowy jest nietoksyczny. Podobnie każdy lek, który trafia na rynek przechodzi fazę badawczą z udziałem zwierząt.

Gdyby wyobrazić sobie scenariusz, w którym Impossible Burger zastąpiłby całkowicie wołowego odpowiednika w głównych sieciach fast-foodowych, zyski dla środowiska byłyby wręcz niewyobrażalne. A jest to scenariusz dosyć realny, bo współpraca z takimi restauracjami pozwoliłaby znacznie obniżyć koszty produkcyjne, a przecież burger ten smakuje niemal tak samo jak wołowy – powinien więc usatysfakcjonować podniebienia mięsożerców. Nie wykluczone jednak, że póki co firma zostanie zmuszona do wykonania badań z udziałem ludzi, by ostatecznie przekonać o bezpieczeństwie swojego produktu.

Jaka będzie przyszłość Impossible Foods? Jeżeli pomysł z burgerem będzie pomyślnie się rozwijał, firma rozważa kolejne produkty spożywcze naśladujące mięso wieprzowe, drobiowe i rybne. Czy to tylko naukowa fantazja budząca kontrowersje czy powoli rodząca się rewolucja, która pozwoli oszczędzić zasoby środowiska naturalnego?

Piotr Rzymski

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Szanowny autorze
    Pan świetnie strzela, problem tylko, że cały czas obok. Bo problemem nie są drożdże GM chociaż o tym się najwięcej mówi. Problemem jest te 250 mln dolarów czyli ponad miliard złotych dla zaledwie jednej firmy, na troszkę badań. Firma pływa w pieniądzach a inwestorzy nie myślą o zdrowiu ludzi tylko o stopie zwrotu inwestycji. I to z 2 powodów.
    Z jednej strony zamawia się u odpowiednich naukowców pasujące wyniki badań, rozkręca akcje reklamowe tak natrętne, że ludzie boją się protestować, a odważnych niszczy procesami. To mamy przecież z ową kukurydzą GM. Właśnie wyciekły wewnętrzne maile, które pokazują, że te niby nieszkodliwe środki w rzeczywistości wcale nie były obiektywnie badane, wyniki były po prostu zamawiane. A potem giną pszczoły i nikt nie wie, dlaczego. Ja przy tym w niebezpieczeństwa GMO nie wierzę. Chodzi o priorytety i interesy. I o ten drugi aspekt:
    Ta nowa żywność będzie oczywiście opatentowana i opanuje rolnictwo. Podobnie jak to mamy ze zbożem czy kartoflami. Nie wolno w Europie sadzić tego, co się chce, trzeba kupować nasiona od posiadacza patentu. A jak cię nie stać albo nie chcesz to zdychaj z głodu.
    I gdyby tak Pan, Panie autorze zechciał się zastanowić, co będzie jeśli wszystko znajdzie się w łapach paru firm, które decydować będą o tym, co Panu wolno jeść, w co się ubiera, jak mieszka. Ale i o tym z kim i jak Pan sypia i co Panu wolno myśleć. No i oczywiście nie będzie Pan mógł wyżyć bez pracy na 2,5 etatu i 18 godzin przez 7 dni w tygodniu jak to dzisiaj staje się pomału normalnością w kraju nieograniczonych możliwości (wyzysku).

  2. @Vera,
    Wpis, skądinąd bardzo ciekawy i jak zwykle wyważony, dotyczy jednak burgerów, a nie kukurydzy, pszczół, pracy na dwa etaty i innych, którymi strzelasz trochę histerycznie. Brakuje jeszcze masonerii. Czy je ci dobrze z myślą, że codziennie człowiek urządza masakrę krów i cieląt? W imię nażarcia się stejkiem i napicia mlekiem wycina lasy, marnuje wode w imię, faszeruje bydło antybiotykami, oksytocyną, podłącza do urządzeń, trzymane w małych boksach? Akceptujesz to, bo to jest zdrowe i naturalne? No i przede wszystkim nie jest tym paskudnym GMO wymyślonym do sterowania umysłów i decydowania co kto ma włożyć i z kim iść do łóżka. Uff!

  3. @Ania
    Nie sądzę by do ulepszania świata były predysponowane osobniki o obniżonym poziomie kultury osobistej. Bo wyjdzie tylko to, co w środku, insynuacje i inwektywy.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @Autor
    Wczoraj udało mi się zapomnieć o pozytywnym przykładzie, który leży mi na sercu od miesięcy i który miał być podstawą mojego wpisu.
    Jak wiadomo mięso nie posiada smaku. Smak pochodzi od przypraw i tłuszczu. A owocami o najbardziej neutralnym smaku są niedojrzałe owoce drzewa chlebowego (dla mądrali Jack fruit).
    Kilka miesięcy temu Galileo pokazał parę młodych ludzi z Chicago (uwielbiam Amerykanów za to, że coś robią a nie tylko ględzą), którzy opracowali przyprawianie owoców chlebowca tak, że trudno je odróżnić od mięsa. Pojechali do Tajlandii i zamówili na plantacji owoce, kazali na miejscu je przyprawiać i otworzyli u siebie restaurację.
    Bez patentów i bez setek milionów na nie wiadomo jakie badania. Gdyby to było 30 lat wcześniej, dawno już byśmy mieli to w Europie. Niestety, wiek nie ten.

  6. @ZWO,
    fajnie, ale ten sposób, poza krótką demonstracją, nie rozwinął się. ten z burgerem akurat ma szansę. Pieniądze przecież nie są tylko na badania (chociaż te zwiazane z modyfikacją muszą być pewnie kosztowne), ale też budowe fabryk, wdrożenie, dystrybucje, ogólne pokrycie kosztów uruchomienia na skalę, która ma sens. Ludzi trujących się makdonaldami przybywa, a więc może lepiej gdyby przynajmniej nie powodowali tym pogłębiającego się cierpienia zwierząt. Ten aspekt, pewnie dziecinny dla niektórych, jest dla mnie bardzo ważny.Bo to jak z pijanym kierowcą. Sprowadza krzywdę nie tylko na siebie.

  7. @ZWO, daruj sobie te uszczypliwosci w moim kierunku 🙂

  8. Drodzy Państwo, możemy kombinowac na tysiąc sposobów i nic nie pomoże w naprawie środowiska i produkcji żywności z jednego powodu – ludzi niestety jest po prostu za dużo. Miliardów nie da się wyżywić rolnictwem ekologicznym i żywnością z najbliższej okolicy. Jest nas 7,5 miliarda – niech każdy zje dziennie jednego burgera mięsnego bądź nie, dwie marchewki, dwie kromki chleba, trzy łyżki ryżu i powiedzmy jedno jabłko – po obliczeniu widać, ile tego jest i mniej nie będzie. Do tego wszyscy chcemy zjeść dobrze i TANIO, co nie da sie pożenić. Czasem wyobrażam sobie, że codziennie te 7,5 miliarda ludzi chodzi do toalety, niech na każdego przypadnie 200 gramów wydalonych – daje to dziennie 1,5 miliarda kilogramów odchodów, z którymi przecież się coś dzieje. Wracając do tematu głównego – wysoko stechnicyzowana produkcja sztucznego mięsa zużywa energię, wodę i zanieczyszcza środowisko z pewnością nie mniej niż farmy przemysłowe.

  9. Dziękujemy za komentarz, Hannabo i witamy na blogu.
    Impossible Burger na pewno nie jest rozwiązaniem wszelakich problemów, bo takiego nie ma. Niemniej, jest to propozycja po części odciążająca wystarczająco już wyzyskane, przez produkcję żywności, środowisko. Produkcja mięsa jest najbardziej obciążającą środowisko działalnością czlowieka, pod wieloma względami. Produkcja 1 kg wołowiny wymaga zużycia od samego początku (czyli produkcji paszy) procesu przynajmniej 4,5 m3 wody. Impossible Burger oczywiście posiada w składzie i pszenicę, ziemniaki czy olej kokosowy, a ich produkcja nie odbywa się za darmo. Ale nie zmienia to faktu, że jego uzyskanie jest związane z nieporównywalnie mniejszą emisją gazów cieplarnianych (vide metan), zużyciem wody i powierzchnią ziemi potrzebną do zagospodarowania. Jeżeli większość ludzi i tak będzie jeść wołowinę to może zastąpienie jej kompletnie bezmięsnym odpowiednikiem, bez różnic w smaku, jest z pewnością rozwiązaniem wartym spróbowania. Nie robiąc nic, będziemy tylko pogłębiać problemy, o których wspomniałeś.

  10. @Hannabo
    Cena Impossible Burger w nowojorskiej Momofuku Nishi, włosko-koreańskiej restauracji z frytkami, w bułce z warzywami to…no ile? 12$ bez sera, 13$ z serem (zwykłym, nie wegańskim). I to nie przy masowej produkcji. Skomercjalizowanie na masową skalę jest możliwe w zupełności dzięki ogromnemu budżetowi uzyskanego od sponsorów, który w pełni wystarcza na wybudowanie fabryk, dystrybucję i wprowadzenie, przy odpowiednim marketingu, tej „wołowiny” do głównych sieci fast-food. Bo po prostu będzie tańsza od mięsa wołowego.

    A z ciekawostek, Pat Brown na pokazie w Paryżu przygotował, ze swojego produktu tatar. Ludzie byli zachwyceni.

    Te produkty nie są adresowane do wegan, wegetarian, ale do mięsożerców, którzy ze smakiem mięsa nigdy się nie będą chcieli rozstać.

  11. Dziękuję za powitanie. Nie mam nic przeciw Impossible Burger, jednak przedsięwzięcie na razie jest w powijakach. Nawet jak dorośnie nie rozwiąże problemu wykarmienia wszystkich ludzi. Mówimy o Momofuku Nishi i pokazach w Paryżu, a większość konsumentów potrzebuje kupić po prostu kotlet w lokalnym sklepie do usmażenia w domu (a dotyczy to i tak tylko tzw. pierwszego świata, w Afryce subsaharyjskiej lub w Laosie jakość i cena burgera w Momofuku Nishi to ostra abstrakcja). McDonald nie jest chyba jeszcze największym dostawcą żywności na świecie, więc nawet jak wprowadzi te burgery to obejmie niezbyt duży fragment populacji. Poza tym je się oprócz wołowiny również wieprzowinę i drób, więc może by produkcję wołowiny zmniejszyć poprzez zwiększenie podaży wieprzowiny i drobiu? Może produkcja tego mięsa jest tańsza i mniej szkodzi środowisku. Ja osobiście nieco dziwnie się czuję widząc nienaturalne produkty – mleko sojowe (gdzie soja ma wymię?), burger bezmięsny, poledwica z tofu. OK, może to kwestia nazewnictwa, mimo to jednak uważam, że powinniśmy jeść produkty naturalne i przetworzone tylko w niezbędnym stopniu. Z przyjemnością zjem smażone ziemniaki z boczkiem, a czipsy o smaku bekonu tego nie zastąpią, bo to ani ziemniaki, ani boczek.

  12. @Hannabo A cóż takiego naturalnego jest w jedzeniu miesa? Fakt, ze jemy je od tysiącleci? Zabijamy się nawzajem także od tysiącleci. Większość ludzi nie lubi patrzeć na swiniobicie, mdlejemy bądź z odrazą odwracamy sie od widoku krwi czy wypatroszonych ze zwierząt flaków. Prymitywne to jest, a nie naturalne. Vegan w samych Niemczech przybyło 100% w ciągu zaledwie 5 lat. Warszawa jest trzecim na świecie miastem przyjaznym weganom. Ida nowe czasy i ani miłośnicy miesa ani jego producenci już tego nie zatrzymają.